Kłopotki zaczęły się, gdy Maciuś miał już sam jeść.
Łyżeczka i widelec to byli - najlepsi kompani mili,
niestety nie do "papu" robienia, ale do psocenia.
Płacz, lament niósł się pod chmury, gdy samolocik ponury
z zupką, kaszką czy kapustką miał zaparkować w ustkach.
"Siam, siam..." szlochał maluch, a pusty był nadal brzuch,
więc Mama zaczęła posiłki od teatralnej minki.
Potem było przedstawienie: "Oto maszeruje jedzenie".
Każdy ziemniaczek, mięsko, owoce, miało swą nazwę i czarodziejskie moce.
Maciuś Siam parkował do buźki pomidorka Klemensa i ziemniaczki Zuzki,
był Pułkownik Kotlecik i Major Groszek i wszyscy znikali w brzuszku - jak ładnie - proszę!
To nasza najlepsza była metoda, by poskromić Niejadka i Głoda!!!