Zgadzam się w 100% z opinią, że wsparcie kobiety zaraz po porodzie w szpitalu jest bardzo mizerne. Zdarzają się pewnie wyjątki, ale są to faktycznie wyjątki. Zgadzam się również ze stwierdzeniem, że " mleko wytwarza się nie w piersi, lecz w głowie matki". Jestem właśnie żywym przykładem na to iż nasza psychika ma bardzo duży wpływ na laktację. Często trzeba wsłuchać się w siebie, posłuchać intuicji i starać się myśleć pozytywnie, nie dać się zwariować. Ja zaczęłam właśnie od tego, żeby uspokoić emocje choć nie było to proste, bo przecież dziecko często płakało, a ja momentami czułam się bezsilna. W każdym razie udało mi się, znalazłam jeszcze w jakiej aptece herbatkę laktacyjną 4 zioła, która w swoim składzie miała między innymi melisę. Nie wiem co bardziej mi pomogło czy herbatka czy ogromna wiara w powodzenie w każdym razie karmie do tej pory już 9 miesiąc. Życzę wszystkim powodzenia i duże spokoju.
Karmienie piersią - nie wystarczy chcieć!
Tagi: karmienie dziecka, karmienie naturalne, karmienie niemowlęcia, karmienie piersią, mleko, niemowlę, noworodek, pokarm, pokarm naturalny, problemy z karmieniem, ssanie piersi, za mało pokarmu, żywienie dzieckaAutor: agatjaaa
Sama chęć karmienia dziecka , choćby nie wiem jak wielka, to za mało. Potrzeba jeszcze uwierzyć, że pokarm jest i na pewno wystarczy go dla maluszka.
Ja miałam chęci „co nie miara”, ale moja wiara w powodzenie karmienia od początku była tłumiona.
Najpierw na oddziale położniczym pielęgniarki zamiast pomóc młodej matce prawidłowo przystawiać niemowlę do piersi, wolały dokarmić dziecko sztuczną mieszanką i mieć „święty spokój”. W rezultacie ja - niedoświadczona matka - zbyt płytko przystawiałam córeczkę do piersi, więc nie ściągała dobrze mleka i pokarm nie napływał w odpowiedniej ilości. Miałam nadzieję, że sytuacja poprawi się po powrocie do domu, zwłaszcza gdy przecudna położona środowiskowa zapewniała mnie, że w moich piersiach jest dużo pokarmu oraz ostrzegała mnie, że każda ilość podanej dziecku mieszanki spowoduje, że o tyle mniej mleka ja będę miała.
Wkrótce jednak z powodu nasilającej się żółtaczki Ania trafiła do szpitala im. J. Korczaka we Wrocławiu na oddział patologii noworodka, gdzie przeżyłyśmy prawdziwą gehennę. Mnie i innym matkom systematycznie wmawiano, że mamy zbyt małą ilość pokarmu. Czy dziecko płakało, czy nie chciało ssać, było niespokojne, miało kłopoty z zaśnięciem, pielęgniarki (oraz szczególnie jedna p. dr) miały zawsze gotową odpowiedź: - „Widocznie ma pani za mało pokarmu, trzeba dokarmić sztucznie”. Większość z nas w końcu poddawała się (bo która matka chce głodzić własne dziecko?) i w rezultacie doświadczała coraz większych problemów z naturalnym karmieniem, ponieważ dzieci przyzwyczajały się do łatwego picia mleka z butelki i niechętnie ssały pierś, przy której musiały włożyć więcej wysiłku. Kiedy wróciłam z Anią do domu, byłam bliska rozpaczy. Ze wszystkich sił pragnęłam utrzymać laktację i miałam w pamięci słowa położnej środowiskowej, jednakże demagogia personelu szpitalnego też nie pozostała bez echa. Problem powiększał fakt, że moja córeczka jadła początkowo mało ale często, niekiedy nawet co 10-15 min., a w mojej głowie szalały wątpliwości czy dziecko jest najedzone. Pojawiała się też myśl, że jestem niedobrą matką. Martwiłam się tym bardziej, że Anusia miała niską wagę urodzeniową (zaledwie 2850 g) i bardzo powoli przybywała na wadze. Nikt wówczas nie wpadł na to, że szczupłą budowę ciała Ania po prostu odziedziczyła po rodzicach.
Nie wiem, jak skończyłaby się nasza mleczna przygoda, gdybym nie spotkała świetnej lekarki - pediatry i nie porozmawiała z zaprzyjaźnioną panią neurolog. Od nich właśnie usłyszałam, że:
1. na początku noworodek potrzebuje bardzo niewiele pokarmu- w ilości mieszczącej się na łyżeczce od herbaty;
2. niemowlę je tak często i w takich ilościach, jak chce i nawet po oprożnieniu obydwu piersi, jeśli domaga się nadal pokarmu, należy podać mu ponownie tę pierś, którą ssało jako pierwszą, ponieważ pokarm już do niej napłynął;
3. gdy niemowlę krótko ssie pierś i po kilku lub kilkunastu minutach ponownie domaga się jedzenia, nie oznacza to wcale, że mam za mało pokarmu, a tylko tyle, że dziecko w danej chwili miało po prostu potrzebę ssania i bliskości matki i zje dopiero za chwilę (i to niekoniecznie do syta);
4. im częściej dziecko będzie przystawiane do piersi, tym większa ilość pokarmu do niej napłynie;
5. karmiąc piersią, ofiarujesz dziecku najlepszą polisę na zdrowie, jaką tylko może od Ciebie otrzymać;
6. mleko wytwarza się nie w piersi, lecz w głowie matki i nie ma takiej możliwości, aby było go za mało, czy też by było za „chude”; zostało naukowo udowodnione, że tylko od matki zależy, czy będzie karmić dziecko - od jej chęci, wiary w to, że ma wystarczającą ilość pokarmu i gotowości na nieprzespane noce (gdyż zwykle niemowlę karmione piersią częściej budzi się na jedzenie).
Ta ostatnia informacja miała dla mnie kapitalne znaczenie. Stała się poniekąd myślą przewodnią na „mlecznej drodze”. Wystarczyło uwierzyć, że nie jest możliwe, abym miała za mało pokarmu. Wtedy wrócił mi spokój, którego potrzebowała również moja mała córeczka. Nie napiszę, że szybko uporaliśmy się z problemami. Tak naprawdę trwało to kilka tygodni, zanim po uprzednim dokarmianiu uregulowała mi się laktacja.
Przez ten czas byłam na każde zawołanie Ani, nawet co 5-10 min. Czasem musiałam ją po kilka razy przystawiać na przemian, to do jednej to do drugiej piersi, żeby się najadała i chociaż nie było łatwo, robiłam to ze spokojem, bo wiedziałam, że pokarmu mam wystarczającą ilość i że daję mojemu dziecku to co najlepsze. Od tamtej chwili moja córeczka nie otrzymała ani kropli mieszanki.
Ania ma obecnie 4 lata, jest zdrowa, silna i świetnie się rozwija.
Udało nam się wygrać tę walkę.
Dzięki mojemu przykremu doświadczeniu mogłam pomóc wielu młodym matkom borykającymi się z podobnymi problemami, które były o krok od zaprzestania karmienia piersią. Oczywiście nie pomagałam wszystkim, którym chciałam, ale u tych mam, które się poddały, powód był zawsze taki sam (co zresztą same przyznawały): brak wiary w to, że mają wystarczającą ilość pokarmu. Dlatego wolały podać dziecku mieszankę w butelce, ponieważ wówczas mogły sprawdzić, ile zjadło i miały pewność, że nie jest głodne.
Moja znajoma ma troje dzieci (najstarsze jest w wieku 5 lat, najmłodsze półroczne). Dwoje starszych w okresie niemowlęcym „jadło jak w zegarku” - co 3 godziny, opróżniały obie piersi, po czym najczęściej zasypiały lub były spokojne i gaworzyły radośnie, ponadto szybko przybierały na wadze - można pozazdrościć. Tymczasem najmłodsza córeczka stanowiła całkowite przeciwieństwo rodzeństwa: była drobnej budowy, domagała się piersi co pół godziny a niekiedy częściej, a po przystawieniu ssała dość krótko. Nadto miała potworne kolki i niemal nieustannie potrzebowała obecności matki, która „rwała sobie włosy z rozpaczy”, będąc coraz bardziej przekonana, że ma za mało pokarmu i dziecko jest niespokojne z głodu. Trudno jej było uwierzyć, że córeczka może tak bardzo różnić się od pozostałej dwójki. Z kolei dziecko wyczuwając niepokój matki, stawało się coraz bardziej drażliwe i koło się zamykało. Wkrótce znajoma całkowicie zrezygnowała z karmienia piersią. Przy tej smutnej historii pragnę zwrócić uwagę na pewien istotny fakt - dziecko było karmione przez kapturki nakładane na pierś, ponieważ po porodzie miało bardzo słabo wykształcony odruch ssania, płytko łapało brodawkę i boleśnie ją poraniło. Wówczas doradca laktacyjny (!) poradził znajomej nabycie kapturków i w rezultacie dziecko nigdy nie nauczyło się prawidłowo chwytać brodawki. Stanowczo odradzam kapturki. Sama przez pewien czas je używałam (z tego samego zresztą powodu) ale na szczęście położna środowiskowa „wybiła mi je z głowy”, pokazując, jak mam przystawiać córeczkę, aby chwytała brodawkę z otoczką i... bolesny problem zniknął.
Kochane dzielne mamy nie poddawajcie się! Uwierzcie, że macie dużo pokarmu (nawet jeśli wasze piersi są małych rozmiarów - ja mam takie) i możecie same wykarmić wasze pociechy i nawet jeśli one same przez pewien czas jedzą mniej, nie denerwujcie się, widocznie w danej chwili nie mają ochoty na więcej. One też mają lepsze i gorsze dni. Nie martwcie się. Dziecko - ten malutki człowiek - ma już tak silny instynkt samozachowawczy, że nie pozwoli się zagłodzić. Nie każde dziecko musi być wielkie, pulchne, pełne rozkosznych fałdek (takie są najczęściej - choć oczywiście nie zawsze - dzieci karmione butelką), najważniejsze żeby było zdrowe, radosne i prawidłowo się rozwijało. Ty mamo możesz mu w tym pomóc, podają mu własny pokarm.
Bóg obdarzając kobietę darem macierzyństwa daje jej siłę oraz cierpliwość do wychowania i wystarczającą ilość mleka do wykarmienia małego „ssaka”. Nie można nigdy w to zwątpić. Ściskam wszystkie karmiące mamy i życzę powodzenia.
agatjaaa@wp.pl
Zgłoś skargę
Ja już 11 dni jestem po porodzie ale nigdy wcześniej bym nie przypuszczała że właśnie karmienie przysporzy mi tyle bólu i cierpienia! Już przed rozwiązaniem byłam przygotowana na karmienie naturalne, ale 3 doba to był szok i płacz dla mnie. Piersi miałam pokąsane i na dodatek twarde jak kamienie przez nawał pokarmu. Byłam załamana. Nie wiedziałam jak to znieść laktator nie wystarczał by ściągnąc pokarm. Sama nie dałabym rady poradzić sobie z tym problemem. Na ratunek przybiegła położna która masowała, gniotła i ściągała ręcznie mleko. Choć bardzo bolało bardzo mi ulżyło. Teraz już nie bolą i mogę w pełni cieszyć się z macierzyństwa i opieki nad naszą Karolinką
Ja sama mam w tej chwili ogromne problemy z karmieniem maluszka. Ma dopiero 4 dobę i jest strasznie leniwy. Po przyłożeniu do piersi zasypia i nie pomaga żadne smyranie po policzku czy delikatne potrząsanie. Budzi się co 10 minut i płacze, zassie kilka razy i koło się zamyka. Pokarmu mam niewiele - odciągając go przez bite 2 godziny uzbierałam 30 ml. Więc jak mój mały leniuszek ma się najeść? Na dodatek mały słabo chwyta brodawkę, która nie jest u mnie zbyt dobrze wykształcona. Ale cóż, na razie odciągam pokarm, podaję małemu, dokarmiam butelką i liczę, że z czasem wszystko się unormuje. Chyba wybiorę się również do jakiegoś doradcy laktacyjnego. Mam nadzieję, że będzie dobrze, bo nie mogę wybaczyć sobie tej butelki. Może pokarm w końcu ruszy. Pozdrawiam!!!
Dobry tekst, ale nie zawsze jest tak pozytywnie. Ja też karmiłam piersią z dużą trudnością . "Zjedzone" brodawki - ulewanie przez dziecko moją krwią, złe przystawianie, ale staraliśmy się. Wizyty doradcy laktacyjnego. Ale w końcu dziecko zaczęło słabo przybierać na wadze, być marudne i przygnębione. Po ok 1,5 miesiąca postanowiłam oprócz piersi podawać butelkę. Najgorsze jest w tym wszystkim napiętnowanie matek karmiących butelką. W tej chwili (3 m-ce) karmię piersią i butelką. Dziecko zadowolone, ja również, bo mamy regularny tryb dnia (i nocy). Maleństwo pogodne i zadowolone. I w końcu wybaczyłam sobie, że zaczęłam karmić butelką.
Cieszę się bardzo, że przeczytałam ten artykuł tuż przed rozwiązaniem. Mimo, że jestem "silną babką", czasem miałam chwile zwątpienia ... czy dam radę umiejętnie przystawić maleństwo do piersi, tak by mój organizm nauczył się wytwarzać tyle mleka ile potrzeba by maleństwo się najadło,a przede wszystkim by było dobrze odżywione. Ten artykuł utwierdził mnie w przekonaniu, że chęć, spokój i wiara w to, że musi być dobrze, (bez względu na to co mówią "NIEDOUCZENI") to podstawa do tego by karmienie piersią, było ... przede wszystkim BYŁO, bo przecież nic nie zastąpi wartościowego mleka matki. Dzięki. Będę wytrwała !
Żałuję, że nie przeczytałam tego będąc w ciąży... Jestem młodą karmiącą mamą i o ile teraz karmienie przychodzi mi bez trudu, mam za sobą wiele ciężkich chwil.
Ze smutkiem muszę potwierdzić fakt, że opieka nad kobietą, która urodziła, w polskich szpitalach jest żenująca. Mimo, że miałam za sobą szkołę rodzenia i byłam teoretycznie przygotowana do karmienia piersią, rzeczywistość z teorią niewiele miała wspólnego. Pierwsze dni były naprawdę trudne - brak pokarmu, niepewność czy wykarmi się dziecko, nieumiejętność przystawiania do piersi, tabuny wątpliwości i niestety... brak fachowej pomocy ze strony położnych i pielęgniarek. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale druga kobieta powinna mnie zrozumieć. Nic bardziej mylnego. Pierwsze dwie noce po porodzie przepłakałam razem ze swoją niunią, a jedyne co mogły mi zaoferować pielęgniarki to butlę dla niej i złośliwy komentarz dla mnie. Trzeciego dnia wciąż jeszcze pokarmu było tyle, co kot napłakał. Usłyszałam wtedy, że "tyle już dzieci wychowało się na butli i są zdrowe". No świetnie... Porady położnych dotyczące przystawiania były sporadyczne i z perspektywy czasu rozumiem, że byłam zbywana. Pamiętam do teraz, co mi jedna z nich powiedziała z wyrzutem, gdy wychodziłam do domu - "I co pani zrobi w domu, jak tutaj pani tak płacze?". Rewelacyjne przygotowanie psychologiczne... Uciekać, uciekać jak najszybciej ze szpitala, do domu, do mojej połówki... Piątego dnia, już w domu czekał na mnie taki nawał pokarmu, że mała nie była w stanie ssać i przepłakała pół nocy. Pierwsze sześć tygodni to nieustanna walka z bólem popękanych brodawek. Tu muszę przyznać, że kapturki mi pomogły. Używałam ich tylko przez dwa tygodnie, na lewej, bardziej pokiereszowanej piersi i to na początku karmienia, gdy mała była najgłodniejsza. Gdy brodawki się podgoiły, mogłam je porzucić. Przez pierwsze tygodnie miałam wrażenie, że ciągle karmię... Z biegiem czasu, nauczyłyśmy się karmienia, ja i moja mała. Potem przeżyłam jeszcze kryzys laktacyjny. Teraz mała ma 4 miesiące i świetnie się rozwija.
W gruncie rzeczy widzę teraz, że nauczyłam się karmić, ale na własnych błędach, płacząc z bólu i obserwując. Zabawne wydają mi się teraz komentarze mojej mamy, że to karmienie na żądanie to jakaś fanaberia, no bo jak można być przez kilka tygodni na każde zawołanie dziecka... No tak, ale pokolenie mojej mamy karmiło swoje dzieci butelką.
Trzymajcie się dziewczyny. Na początku będzie ciężko, ale każdy kolejny dzień będzie nagrodą:)
Bardzo dobry tekst kierowany najlepiej dla kobiet w ciąży, które jeszcze nie urodziły, a mają dylemat czy dadzą radę. Jako ojciec naszego maluszka jestem wręcz przekonany, że karmienie piersią jest najlepszym wyjściem, a butelka to tylko KOMERCYJNY wybryk (no chyba, że choroba) wielkich koncernów, które chcą trzepać kasę na naszych małych pociechach. Ktoś powie, że wykarmiła swoje dziecko butelką od początku i jest piękne i zdrowe, więc w czym problem ? A ja mówię: a o ile byłoby piękniejsze i zdrowsze, gdyby było karmione naturalnym i niczym sztucznie nie ulepszanym WŁASNYM mlekiem matki, która go nosiła pod sercem przez te 9 miesięcy?


Wypowiedz się: